Orzeka od kilkunastu lat, przez ostatnią dekadę - w Sądzie Okręgowym w Krośnie, gdzie jest też rzecznikiem prasowym. W tej roli zdecydowanie odbiega od sztampy, że rzecznik, wszystko jedno czyj, chętniej blokuje niż ułatwia dostęp do informacji, nie kryjąc przy tym obrzydzenia (zazdrości?) do dziennikarzy. Artur Lipiński nie ma tego rodzaju kompleksów. Dziennikarstwa spróbował na studiach prawniczych w Lublinie (UMCS). Opowiada, jak pracował w studenckim radiu: - Nagrywałem rozmowy, ciąłem taśmę, puszczałem sam na antenę. Takie doświadczenie uczy dyscypliny słowa i wręcz respektu dla wagi słów
Ideały
ZOBACZ TAKŻE
Szedł na prawo z głową pełną szczytnych ideałów. - Bardzo chciałem pomagać ludziom, prawo wydawało mi się najlepszym narzędziem. Okoliczności były specyficzne - połowa lat osiemdziesiątych, po stanie wojennym. Widziałem jak wielu ludzi wokół mnie było skrzywdzonych. Uważałem też, że w Polsce jest źle, jeśli chodzi o pomoc prawną. Zresztą w dalszym ciągu nie jest dostępna dla wszystkich.
Racje
Z badań zleconych przez resort sprawiedliwości w ub. roku wynika, że tylko 52 procent obywateli uważa instytucje wymiaru sprawiedliwości za w miarę dostępne [źródło: IBC, Homo Homini, "Przegląd" nr 21(543)]. Główne utrudnienia: wysokie koszty prowadzenia postępowania, brak bezpłatnych porad, zawiłe procedury i nadmiar przepisów, których zwyczajny obywatel nie rozumie. To m.in. wpływa na kiepską ocenę wymiaru sprawiedliwości. Aż 71 procent badanych uważa, że sądy są niesprawiedliwe.
Emocje
Gdy w połowie studiów podejmował decyzję, że zostanie sędzią, nie miał pojęcia - przyznaje to z rozbrajającą szczerością - że przyjdzie mu się zmagać aż z takimi emocjami, cudzymi i własnymi, sięgającymi nieraz granic wytrzymałości człowieka o mocnej psychice. Typem szeryfa nie jest. - Zawód sędziego wybrałem, bo cenię szczególnie dwie cechy: niezależność i niezawisłość. Tylko ode mnie, mojej rzetelności, wiedzy i sumienia zależy jak rozstrzygnę sprawę. Z ręką na sercu mogę powiedzieć: do tej
pory pod tym względem się nie zawiodłem. Natomiast co do emocji, to nie ukrywam - przeżywam prowadzone sprawy i to niekoniecznie te, które kończą się najpoważniejszymi wyrokami skazującymi. Siedem razy orzekałem karę 25 lat pozbawienia wolności i dwa razy dożywocie, ale zawsze mam świadomość, że dla zwyczajnego człowieka nawet drobna sprawa jest bardzo poważna; przecież z tego powodu znalazł się w sądzie i już samo to jest dla niego ogromnym przeżyciem.
Uzasadnienie
Mimo że na co dzień ma do czynienia z najciemniejszą stroną życia, twierdzi, że nie stracił zaufania do ludzi. - Absolutnie nie! Aczkolwiek obserwuję, jak ludzie kłamią niekiedy w sposób wręcz wyrafinowany. Praca sędziego to jednak w pewnym sensie także wiara w to, co ludzie powiedzą. Nie wszystkie dowody mogą być na papierze.
Wierzy, że nikt nie jest z natury zły. - Prowadziłem kiedyś sprawę, w której współsprawcą był trzynastolatek, który razem ze starszymi kuzynami włamał się do sklepu. Oni skradli głównie alkohol, papierosy, on - cukierki i czekoladki. Tylko tyle. Dlaczego akurat to ukradłeś? - pytam podczas rozprawy. A on mówi mi: "Panie sędzio. Moja
babcia zmarła 8 lat temu, ja od tamtego czasu nie dostałem nic słodkiego. Wódka i papierosy były u nas w domu zawsze. I powiem panu coś więcej - następnego dnia były urodziny mojego brata. On też nigdy w życiu nie dostał nic słodkiego. I gdyby pan zobaczył jak on się ucieszył z tego, że dostał ode mnie te cukierki i te czekoladki, to by pan moje zachowanie zrozumiał". Widzę wciąż tego chłopca - burza blond włosów, drobna buzia. Zdaję sobie sprawę z tego co zrobił, ale gdyby miał się nim kto zająć...
Sędzia jest zwolennikiem zasady, że komu jak komu, ale młodemu człowiekowi należy dać szansę. - I ja tę szansę daję. To jednak zależy od rodzaju przestępstwa, okoliczności. Pamiętam - młody człowiek za rozbój dostał karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, bo wydawało się, że rokuje nadzieje na poprawę, że czegoś to całe doświadczenie z sądem go nauczyło... Niestety, dzisiaj jest wielokrotnym recydywistą, mimo stosunkowo młodego wieku (32 lata), ma do odsiedzenia około 15 lat. Chłopak z biednej rodziny, ukradł dżinsy, kurtkę skórzaną, bo chciał wyglądać jak jego rówieśnicy, podobać się koleżankom - to był motyw pierwszego rozboju. Ale pamiętam też, gdy trafił do mnie dwudziestolatek, karany po raz trzeci. Wyglądało, także z zachowania na sali sądowej, że do tego chłopaka nic nie trafia, że jest całkiem zdegenerowany. Tymczasem wyszedł na ludzi. Ma rodzinę, dwójkę dzieci. Pracuje. Odcierpiał swoje i na szczęście zmądrzał. Prowadzi firmę,
zatrudnia około 30 ludzi, skończył studia. Na szczęście ten mój wyrok był dla niego ostatnim.
Przygoda
W 2008 r. odważył się i - jak wcześniej sędzia Anna Maria Wesołowska z Łodzi – prowadził sprawy także w wirtualnym sądzie. Czyli w popularnym telewizyjnym programie dokumentalno-fabularnym „Sąd Rodzinny", gdzie przy udziale publiczności toczyły się rozprawy, występował obok sędziego z Krosna także autentyczny prokurator i adwokaci, zapadały orzeczenia w sprawach, jakie naprawdę toczyły się wcześniej w realnych sądach. Czego szukał od 2008 do 2011 r. w wirtualnym sądzie sędzia orzekający w najcięższych procesach karnych? Przygody! - Artur Lipiński mówi jak zwykle, szczerze i bez ogródek. - Udział w programie telewizyjnym pozwolił mi wyjść poza hermetyczne prawnicze środowisko, poznać nowych ludzi, aktorów, dziennikarzy, których nigdy bym pewnie nie poznał. Jednak to, co zdecydowało przede wszystkim, to walory edukacyjne programu. Do dziś dostaję mnóstwo maili od widzów z pytaniami, prośbami o poradę. Nam, sędziom udzielać ich nie wolno, ale to pokazuje z jakimi problemami ludzie się zmagają i jak bardzo bywają zdesperowani, skoro mnie, człowiekowi poza programem telewizyjnym anonimowemu, wyjawiają najbardziej osobiste sprawy.
Zasady
- Uważałem się zawsze za urodzonego cywilistę, ale gdy na początku prawniczej drogi dostałem propozycję pracy w Sądzie Rejonowym w Lesku, nie grymasiłem, wziąłem także sprawy karne... w zastępstwie za kolegę. Mały sąd jest doskonałą szkołą dla sędziego. Moja wokanda w Lesku nie raz była taka, że najpierw szły sprawy karne, potem cywilne, a na końcu rodzinne - elastyczność wymuszało po prostu samo życie. Dziś sędzia Lipiński żartuje, że zapewne z tego samego powodu (przymus sytuacyjny) został wówczas najmłodszym w kraju prezesem najmniejszego kadrowo lecz największego obszarowo - obejmującego całe Bieszczady - leskiego sądu. Wspomina tamte czasy z sentymentem. - Dojeżdżałem codziennie do Leska, witałem się z górami, najpiękniejszymi, jakie znam, a byłem prawie w czterdziestu krajach, więc tym bardziej uważam, że całe nasze Podkarpacie jest bezkonkurencyjne, ale niedoceniane. Zwłaszcza tutejsi ludzie, lecz to trochę nasza wina - nie potrafimy sami się cenić i docenić. Weźmy choćby to jak bardzo na korzyść zmienił się Rzeszów, czy moje Krosno, ukochane miasto, z którego jestem taki dumny. Ktokolwiek przyjedzie tu z Polski czy z zagranicy, jest mile zaskoczony. A jechał z nastawieniem, że trafi do jakiejś zapyziałej dziury. Chciałbym, żeby ze słownictwa polityków (i mediów) zniknęła wreszcie ta anachroniczna „Polska B".
Jest pierwszym prawnikiem w rodzie Lipińskich. W jego ślady poszła siostra Anna. – Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby kiedyś sędzią został mój syn Wojciech. Ale żadnego przymusu - pełna demokracja - śmieje się. - W życiu trzeba mieć marzenia, do czegoś dążyć. Bez tego życie jest puste. Ale najwięcej potrzeba pokory, bo nie od razu się osiąga to, o czym się marzy. W życiu jest tak jak w tańcu - są kroki do przodu i kroki do tyłu.






































